herb-pvv2


Janusz z Tuliszkowa nie był typem rycerza wojownika, lecz dworzanina i dyplomaty. Ten urodzony jeszcze za panowania Kazimierza Wielkiego przedstawiciel wielkopolskiej szlachty karierę w królewskiej dyplomacji zaczął późno, gdy pełnił już urząd kasztelana kaliskiego (od 1403 roku). Ponieważ najważniejsze cele polskiej polityki zagranicznej ogniskowały się wówczas wokół konfliktu z Krzyżakami, właśnie państwo zakonne w Prusach było celem jego licznych misji – w latach 1408–1409 był członkiem poselstw do wielkiego mistrza, zabiegając o zwrot zagarniętych statków ze zbożem oraz o ustąpienie Krzyżaków ze Żmudzi. Natomiast podczas Wielkiej Wojny, być może z racji wieku, nie odegrał znaczącej roli.
Po klęsce pod Grunwaldem pozbawione większości przywódców państwo zakonne nie było w stanie zorganizować obrony własnego terytorium, a jego poddani – rycerze, mieszczanie, a nawet biskupi, uznali władzę Jagiełły i masowo składali mu przysięgi wierności. Resztki armii zakonu zdołały się utrzymać jedynie w murach Malborka, Człuchowa, Gdańska i Świecia, przy czym w dwu ostatnich garnizon władał tylko zamkiem, gdyż miasta opanowane siłami mieszczan i szlachty przeszły w ręce polskie.
Władysław Jagiełło umacniał panowanie na zajętych terenach, nadając nowym poddanym liczne przywileje, zwiększające dochody i znaczenie samorządów miast oraz przyznające ulgi i wolności pomorskiej szlachcie. Mimo że wojna wciąż trwała, zwycięzcy już dzielili między siebie ziemie krzyżackie. Witoldowi miał przypaść Królewiec, księciu mazowieckiemu Siemowitowi IV – Szczytno i Działdowo, jego bratu Januszowi – Olsztyn, Ostróda i Nidzica, a niedawny sojusznik Krzyżaków książę słupski Bogusław VIII miał rozszerzyć swe władztwo na zachodnie rubieże Pomorza Gdańskiego. Z nowymi zdobyczami wiązały się nowe, niezwykle dochodowe urzędy, którymi król nagrodził najbardziej oddanych i zasłużonych rycerzy. Wśród nominowanych był i kasztelan kaliski, który otrzymał szczególnie lukratywną funkcję królewskiego starosty w najbogatszym z zajętych miast – Gdańsku.
Gdańszczanie powitali Janusza z Tuliszkowa radośnie i uroczyście. Jak z zazdrością zanotował krzyżacki kronikarz, działo się to "przy odgłosie trąb, puzonów i piszczałek i hołdowali mu jako zastępcy króla i obwodzili go po wszystkich ulicach i w porcie, i wskazywali mu wszystkie kąty i rzeczy, czego Zakonowi nigdy jeszcze nie uczynili". Starościńskie rządy kasztelana nie trwały jednak długo: po nieudanym oblężeniu Malborka wojska Witolda i Władysława Jagiełły musiały wracać do ojczyzny. Wydawałoby się, że dogorywający już Zakon odzyska kontrolę nad utraconymi obszarami. Podział państwa zakonnego przez jego sąsiadów wywołałby ponadto wrogie reakcje za granicą i odsunął w daleką przyszłość zawarcie pokoju,który gwarantował Polsce i Litwie realizację celów zakładanych na początku wojny, tj. odzyskanie ziemi dobrzyńskiej i Żmudzi (tej ostatniej jedynie do śmierci Władysława Jagiełły i Witolda).
Pokój toruński nie zadowolił strony polskiej, w efekcie spór polsko-krzyżacki próbowano rozstrzygnąć, oddając go pod osąd Zygmunta Luksemburskiego, a następnie soboru w Konstancji (1414–1418). W składzie polskiej delegacji, oprócz duchownych i mistrzów uniwersyteckich, znalazło się miejsce dla sławnych i zaprzyjaźnionych z Zygmuntem Luksemburskim rycerzy: Janusza z Tuliszkowa i Zawiszy Czarnego. Pobyt na soborze dał Januszowi okazję do pokazania się na nowym forum i przyniósł mu członkostwo w Zakonie Kolii.
 
ZAKON KOLII
W późnym średniowieczu tworzenie zakonów rycerskich było swoistą modą wśród szlachetnie urodzonych członków świeckiej elity społecznej. Bractwa, zwane orderami, zakładali władcy i możni. Z czasem termin "order" zaczął oznaczać emblemat noszony na znak przynależności do danej konfraterni. Odznaka, zawierająca symboliczne przesłanie, była z reguły wykonanym z drogocennych materiałów małym dziełem sztuki.
W odróżnieniu od zakonów rycerskich powstałych w czasie krucjat i rekonkwisty czternasto i piętnastowieczne bractwa miały charakter świecki, podlegały swoim założycielom, a nie władzom kościelnym. Przynależność do zakonu tworzyła nową więź między jego członkami, zobowiązywała do wierności i pomocy, a przez to umacniała tę grupę w obrębie elity władzy. Przyciągając sławnych i możnych rycerzy do orderu, władca łatwiej pozyskiwał ich wierność i zaufanie lub organizował polityczne stronnictwo. Zakony z powodzeniem zastępowały więc dawniejsze feudalne więzi łączące króla i poddanych, seniora i lenników.
Nie mniej ważna była rola zakonów jako instytucji organizujących życie i rozrywki elity szlachetnie urodzonych. Wystawne uroczystości, uczty i zabawy ukazywały bogactwo, potęgę wpływów i wyjątkowość bractwa oraz jego członków. Kult świętych patronów, donacje na rzecz Kościoła, religijna retoryka i oprawa spotkań rycerzy-braci dostarczała im też przeżyć duchowych. Przyjęcie do zakonu było sposobem wynagradzania zasług przez panującego, podnosiło prestiż szlachcica, który dostąpił tego zaszczytu, a ponadto mogło przynosić dodatkowe przywileje i korzyści materialne. Dla władców był to więc wymarzony sposób budowania sojuszy i szerszego zaplecza, ułatwiającego realizację ich polityki.
Podobne cele przyświecały hrabiemu Sabaudii Amadeuszowi VI, zwanemu Zielonym Hrabią, który w 1362 roku założył Zakon Kolii Sabaudzkiej. Początkowo tworzyło go zaledwie piętnastu rycerzy, a wśród nich hrabia sprawujący funkcję wielkiego mistrza, którą to godność dziedziczyli kolejni władcy Sabaudii. Następcy Zielonego Hrabiego kilkakrotnie zmieniali regułę Zakonu. Gdy przystąpił do niego Janusz z Tuliszkowa, obowiązywały w nim statuty nadane w 1409 roku przez wnuka założyciela Amadeusza VIII. Stwierdzały, że członkiem Zakonu może być jedynie szlachetnie urodzony, który nie dopuścił się żadnego haniebnego czynu, jeżeli zaś sprzeniewierzył się honorowi rycerskiemu już jako rycerz kolii, zobowiązany był w ciągu dwóch miesięcy zwrócić order i wystąpić z bractwa. Przynależność do Zakonu nakładała na rycerzy także inne obowiązki i ograniczenia: przede wszystkim powinni hojnie wspierać pobożne donacje na rzecz Kościoła, przekazane przez członków dynastii sabaudzkiej, modlić się i składać ofiary na msze za dusze zmarłych współbraci. W miarę możliwości mieli również regularnie uczestniczyć w spotkaniach kapituły Zakonu. Nie wolno im było wstępować do innych rycerskich konfraterni ani też nosić ich orderów.
Wykonany z czystego złota order Zakonu miał kształt naszyjnika, choć niektórzy kronikarze porównywali go do obroży. Umieszczono na nim dewizę bractwa – trzykrotnie powtórzone litery FERT. Skrót ten odczytywano na różne sposoby, ale jego znaczenie do dziś nie jest pewne. Możliwe, że dewizę nadał Zakonowi Zielony Hrabia. Jej sformułowanie przypisuje się również Amadeuszowi VIII, który być może chciał w ten sposób uczcić bohaterstwo swojego dziada podczas obrony Rodos przed Turkami. Tajemnicze litery FERT znaczyłyby wówczas Fortitudo Eius Rhodum Tenuit, czyli Jego Męstwo Ocaliło Rodos. Inne, późniejsze próby rozszyfrowania skrótu to: Femina Erit Ruina Tua (Kobieta Będzie Twoją Zgubą) lub Foedere Et Religione Tenemur (Zgodą i Wiarą Jesteśmy Połączeni). W 1518 roku bractwo zmieniło nazwę na Zakon Annuncjaty (Zwiastowania), pod którą istnieje do dziś. W latach 1869–1946 Order Annuncjaty był najwyższym odznaczeniem Królestwa Włoch, a przez kolejne pięć lat także Republiki Włoskiej.
 
KOLIA DLA JANUSZA
W listopadzie 1415 roku Janusz z Tuliszkowa powrócił do Konstancji razem z posłami wysłanymi przez Żmudzinów. Miał przedstawić zgromadzeniu skargę na Krzyżaków przeszkadzających w głoszeniu chrześcijaństwa na Żmudzi i przeciwstawić ich rzekomej misji skuteczność akcji chrystianizacyjnej prowadzonej przez Władysława Jagiełłę. W krótkim czasie kasztelan znalazł się, tak jak Zawisza Czarny, w otoczeniu Zygmunta Luksemburskiego. Król Niemiec wracał wówczas z Langwedocji i podróżował wzdłuż Rodanu, zatrzymując się na dłużej w Awinionie i Lyonie. Wspólnie z delegatami soboru zjednywał duchownych, władców i możnych do zgodnego usunięcia schizmy i nieudzielania poparcia antypapieżom. W końcu lutego 1416 roku w Chambery podniósł hrabstwo Sabaudii do rangi księstwa i przypuszczalnie wtedy Janusz z Tuliszkowa został członkiem Zakonu Kolii. Była to nagroda, za którą najprawdopodobniej stał król Niemiec. Nadając hrabiemu Sabaudii tytuł książęcy, mógł liczyć na honorowy rewanż i wyświadczenie przysługi, jaką bez wątpienia było przyjęcie do Zakonu jednego z zasłużonych rycerzy z otoczenia Zygmunta Luksemburskiego.
Janusz z Tuliszkowa nie uczestniczył nigdy w spotkaniach kapituły Zakonu, brak też wzmianek, by cokolwiek zapisał leżącemu w innej części Europy kościołowi. Dlaczego więc doń wstąpił? Wiązało się to z jego ważnymi funkcjami w polskiej dyplomacji i częstym uczestnictwem w zagranicznych poselstwach. Przynależność do tak elitarnego stowarzyszenia dodawała polskiemu posłowi powagi i znaczenia, stawiała wyżej od innych w dworskiej hierarchii i znacznie ułatwiała realizowanie poruczonych przez króla misji, których oficjalna ranga wzrastała z racji wypełniania ich przez tak znakomitego rycerza. Odmowa przyjęcia orderu raczej nie wchodziła w rachubę i mogła być odebrana przez Zygmunta Luksemburskiego jako afront. Był to bowiem zaszczyt, jakiego dostąpiło niewielu szlachetnie urodzonych. Dość powiedzieć, że w latach 1413–1431 do Zakonu przyjęto zaledwie dziesięciu rycerzy.
Po otrzymaniu Orderu Kolii Janusz towarzyszył królowi Zygmuntowi Luksemburkiemu w Paryżu, gdzie razem z innymi polskimi posłami przedłużył o rok, do 13 lipca 1418 roku, rozejm z Krzyżakami, oraz w Calais. Zważywszy na jego bardzo dobre kontakty z Zygmuntem Luksemburskim, kasztelan kaliski mógł mu nawet towarzyszyć w podróży do Anglii, zamiast wrócić do Konstancji z arcybiskupem gnieźnieńskim Mikołajem Trąbą.
 
BRACTWO ŚW. KRZYSZTOFA
Leżąca na wysokości prawie 1800 m n.p.m. przełęcz Arlberg to najkrótsze połączenie między stolicą Tyrolu Innsbruckiem a doliną górnego Renu i Jeziorem Bodeńskim. Był to niebezpieczny szlak, na którym często dochodziło do tragicznych wypadków. Każdej wiosny odnajdywano ciała ludzi zaskoczonych przez zamiecie i lawiny. Często natykał się na nie pasający w okolicy świnie Henryk Findelkind, który świadom zagrożeń czyhających w górach na nieprzygotowanych podróżnych od 1386 roku organizował akcje ratownicze. Szukał osób, które zabłądziły w górach, ugaszczał i przeprowadzał wędrowców przez przełęcz. Sam ocalił życie około 50 ludziom. Poparcia tej inicjatywie udzielił książę austriacki Leopold III, wydając przywilej zezwalający na budowę hospicjum dla podróżnych i zachęcając swoich poddanych do składania datków na jego utrzymanie. Patronem bractwa został opiekujący się wędrowcami św. Krzysztof. Konfraternia szybko zyskała popularność – zachowane średniowieczne spisy ofiarodawców wymieniają ponad cztery tysiące osób z Tyrolu, krajów niemieckich, Polski, Czech i Węgier.
Do konfraterni mógł przystąpić każdy, obojętnie do jakiego stanu społecznego się zaliczał, jedynym warunkiem było udzielenie jednorazowej lub zobowiązanie się do stałej jałmużny na utrzymanie hospicjum. Imiona wszystkich donatorów, a jeżeli byli szlachcicami także ich herby, zapisywano w księgach bractwa. Co ciekawe, niebagatelny wkład w nadanie tym zapiskom pięknej formy mieli iluminatorzy rękopisów. Zamiast pieniędzy z reguły ofiarowywali bractwu własną pracę, a dziełem ich rąk są kunsztowne rysunki tarcz herbowych, godeł, klejnotów i orderów. Szlachetnie urodzeni oczywiście wspierali hospicjum finansowo i wśród polskich rycerzy, którzy pomogli w utrzymaniu bezpiecznego przejścia przez przełęcz, można znaleźć m.in. Zawiszę Czarnego, dworzanina Zygmunta Luksemburskiego Andrzeja Balickiego, kasztelana wiślickiego Piotra Rpiszkę i podkomorzego krakowskiego Gniewosza z Dalewic. Rysunki herbów tego ostatniego, który bratem św. Krzysztofa stał się między 1397 a 1400 rokiem, oraz kilku rycerzy, którzy uczynili to w tym samym czasie, przedstawiają się raczej skromnie – zwykłe trójkątne tarcze bez hełmu i klejnotu. Godła ich następców, z konieczności podróżujących tą trasą na sobór w Konstancji, sporządzono i ułożono już według wszystkich zasad ówczesnej heraldyki (np. umieszczone obok siebie tarcze z zatkniętymi na nich hełmami są pochylone ku sobie niczym w grzecznościowym ukłonie). Zawierają kompletne informacje o wszystkich elementach herbu oraz dodatkowych zaszczytach i zasługach ich właścicieli. Dlatego obok godła Andrzeja Balickiego widnieje symbol Orderu Smoka, a Dryi Janusza z Tuliszkowa towarzyszy Order Kolii.
Janusz z Tuliszkowa przystąpił do konfraterni św. Krzysztofa w 1417 lub 1418 roku, gdy był już członkiem sabaudzkiego Zakonu. Mogło to nastąpić jeszcze podczas soboru w Konstancji, gdzie aktywnie działał w otoczeniu Zygmunta Luksemburskiego. Podpisał m.in. przygotowaną przez legatów prośbę do księcia Styrii i Karyntii Ernesta Żelaznego o uznanie nowo mianowanego przez papieża biskupa Triestu. Być może udział w tej ostatniej akcji dyplomatycznej wiązał się z krótką podróżą do Austrii, co dało Januszowi sposobność do udzielenia wsparcia arlberskiemu bractwu. Możliwe, że doszło do tego dopiero w drodze powrotnej do Polski. Dzięki temu do posiadanych już urzędów i godności kasztelan dołączył jeszcze jeden zaszczytny obowiązek. Brak jednak wzmianek, by w latach późniejszych wspierał finansowo Bractwo św. Krzysztofa.
Po powrocie z soboru w Konstancji Janusz kolejne lata spędził jako dyplomata Jagiełły. W połowie 1419 roku posłował na Węgry, a koniec tego roku zastał go we Wrocławiu. Wspaniałe, jadące w 800 koni, poselstwo prowadzone przez arcybiskupa Mikołaja Trąbę stawiło się tam, by w święto Trzech Króli wysłuchać wyroku Zygmunta Luksemburskiego w sporze polsko-krzyżackim. Król Niemiec stanął po stronie Krzyżaków, odrzucając pretensje Władysława Jagiełły do Pomorza i ziemi chełmińskiej. Strona polska odmówiła przyjęcia niesprawiedliwego jej zdaniem wyroku i postanowiła się odwołać do papieża Marcina V. Równocześnie usiłowano skłonić Zygmunta Luksemburskiego do zmiany decyzji. Bezskutecznie, albowiem bardziej potrzebował wówczas pomocy książąt Rzeszy do objęcia tronu czeskiego niż sojuszu z Polską, by bronić Węgier przed najazdami tureckimi. Klęska polskiej dyplomacji spowodowała, że w lipcu 1420 roku na zjeździe w Łęczycy biskupa krakowskiego i kanclerza Wojciecha Jastrzębca, marszałka Królestwa Zbigniewa z Brzezia oraz kasztelana kaliskiego Janusza z Tuliszkowa oskarżono o niedbałość w prowadzeniu układów z Zygmuntem Luksemburskim, przekroczenie pełnomocnictw i błędne posunięcia polityczne. Zjazd miał bardzo burzliwy przebieg, a oskarżenia skupiły się głównie na osobie biskupa Jastrzębca. Jak pisze Długosz, bracia i krewni Wojciecha, nie mogąc ścierpieć fałszywych oskarżeń i wyrównywania prywatnych porachunków przed królem: "wszcząwszy bójkę podnieśli groźny bunt. Przerażeni nim panowie, członkowie trybunału, musieli [...] ratować siebie i swoich. Kiedy potem walka, którą wszczęto na zamku, rozszerzyła się między znajdujących się w mieście rycerzy, ogromny tłum ludzi chwyciwszy za broń ruszył na zamek, by pomóc swoim. Powstaje ogromny rwetes. Słychać wszędzie ryk. Sam król przerażony niebezpieczeństwem, opuściwszy trybunał, uciekł ze znaczniejszymi panami do położonej nad bramą komnaty królewskiej. I nie byłoby się obeszło bez strasznej rzezi i okrutnej śmierci wielu ludzi, ponieważ strony pałały przeciw sobie ciężkim gniewem, a nikt nie miał odwagi przerwać tego obłędnego szaleństwa, gdyby za Bożym zmiłowaniem nie było nastąpiło zamknięcie bram zamku i podniesienie mostu, dzięki czemu zamknięto dostęp tym, którzy biegli z miasta i usiłowali wedrzeć się na zamek".
Kasztelan kaliski, którego trudno podejrzewać o udział w burdzie, podobnie jak biskup i marszałek, został co prawda uniewinniony, gdyż w znacznej części oskarżenie było wynikiem walki o wpływy w elicie władzy, lecz jego pozycja w otoczeniu króla osłabła. Utrata monarszej łaski była na szczęście chwilowa. Wkrótce doświadczenie Janusza wykorzystano przy rozwiązywaniu polsko-węgierskich sporów granicznych na Spiszu. W końcu 1424 roku gościł w Austrii i była to prawdopodobnie jego ostatnia misja dyplomatyczna.
Kasztelan kaliski Janusz z Tuliszkowa jako członek Zakonu Kolii był postacią wyjątkową wśród rodzimego rycerstwa. Przynależność do elitarnego zakonu rycerskiego nie zjednywała mu popularności wśród polskiej szlachty. Bez wątpienia miał na to wpływ fakt, że żaden z Jagiellonów nie ustanowił własnego orderu, choć nawet gdyby do tego doszło, zakon nie przetrwałby długo. Wśród szlachetnie urodzonych rozwijało się wówczas poczucie równości stanowej, a wszelkie próby wyodrębnienia jeszcze jednej elity, mianowanej arbitralnie przez króla, spotkałyby się z wrogim przyjęciem przede wszystkim możnowładców, dla których zabrakłoby miejsca w nowym zakonie. Nie bez znaczenia były także negatywne skojarzenia z Krzyżakami – zakonem rycerskim zupełnie innego typu, ale jednak zakonem. Skutkiem tego przynależność do późnośredniowiecznych zakonów rycerskich pozostała jedną z nielicznych obyczajowych mód, która nie przyjęła się w Polsce. Poza tym, w odróżnieniu od Europy Zachodniej, gdzie rycerskie bractwa często jednoczyły stronników jakiejś opcji politycznej i były liczącą się grupą nacisku, w monarchii Jagiellonów polityczne zadania zakonów z powodzeniem wypełniały konfederacje rycerskie. Dlatego przyjęcie przez szlachcica któregoś z orderów mogło być jedynie wynikiem długich pobytów za granicą (Litwin Aleksander Sołtan, który z podróży po Europie wrócił jako członek Zakonu Złotego Runa) lub inicjatywy obcego władcy (służący Zygmuntowi Luksemburskiemu Andrzej Balicki i Ścibor ze Ściborza zostali przyjęci do założonego przezeń Zakonu Smoka, o czym pisałem przed miesiącem). Tym większe uznanie powinna więc budzić postać rycerza dyplomaty, który zdobył osobistą sławę, chlubnie służąc królowi i ojczyźnie.
 
żródło:www.mowiawieki.pl
autor: Dariusz Piwowarczyk
Janusz z Tuliszkowa nie był typem rycerza wojownika, lecz dworzanina i dyplomaty. Ten, urodzony jeszcze za panowania Kazimierza Wielkiego, przedstawiciel wielkopolskiej szlachty, karierę w królewskiej dyplomacji zaczął późno, gdy pełnił już urząd kasztelana kaliskiego (od 1403 roku). W związku z tym, że najważniejsze cele polskiej polityki zagranicznej ogniskowały się wówczas wokół konfliktu z Krzyżakami,  państwo zakonne w Prusach było celem licznych misji Janusza z Tuliszkowa. W latach 1408–1409 był członkiem poselstw do wielkiego mistrza, zabiegał o zwrot zagarniętych statków ze zbożem oraz o ustąpienie Krzyżaków ze Żmudzi. Natomiast podczas Wielkiej Wojny, być może z racji wieku, nie odegrał znaczącej roli.
Po klęsce pod Grunwaldem pozbawione większości przywódców państwo zakonne, nie było w stanie zorganizować obrony własnego terytorium, a jego poddani – rycerze, mieszczanie, a nawet biskupi, uznali władzę Jagiełły i masowo składali mu przysięgi wierności. Resztki armii zakonu zdołały się utrzymać jedynie w murach Malborka, Człuchowa, Gdańska i Świecia, przy czym w dwóch ostatnich, garnizon władał tylko zamkiem, gdyż miasta opanowane siłami mieszczan i szlachty przeszły w ręce polskie.
Władysław Jagiełło umacniał panowanie na zajętych terenach, nadając nowym poddanym liczne przywileje, zwiększające dochody, podnosił znaczenie samorządów miast oraz przyznawał ulgi i wolności pomorskiej szlachcie. Mimo, że wojna wciąż trwała, zwycięzcy już dzielili między siebie ziemie krzyżackie. Witoldowi miał przypaść Królewiec, księciu mazowieckiemu Siemowitowi IV – Szczytno i Działdowo, jego bratu Januszowi – Olsztyn, Ostróda i Nidzica, a niedawny sojusznik Krzyżaków, książę słupski - Bogusław VIII, miał rozszerzyć swe władztwo na zachodnie rubieże Pomorza Gdańskiego. Z nowymi zdobyczami wiązały się nowe, niezwykle dochodowe urzędy, którymi król nagrodził najbardziej oddanych i zasłużonych rycerzy. Wśród nominowanych był i kasztelan kaliski, który otrzymał szczególnie lukratywną funkcję królewskiego starosty, w najbogatszym z zajętych miast – Gdańsku.
Gdańszczanie powitali Janusza z Tuliszkowa radośnie i uroczyście. Jak z zazdrością zanotował krzyżacki kronikarz, działo się to "przy odgłosie trąb, puzonów i piszczałek i hołdowali mu jako zastępcy króla i obwodzili go po wszystkich ulicach i w porcie, i wskazywali mu wszystkie kąty i rzeczy, czego Zakonowi nigdy jeszcze nie uczynili". Starościńskie rządy kasztelana nie trwały jednak długo: po nieudanym oblężeniu Malborka wojska Witolda i Władysława Jagiełły musiały wracać do ojczyzny. Wydawałoby się, że dogorywający już Zakon odzyska kontrolę nad utraconymi obszarami. Podział państwa zakonnego przez jego sąsiadów wywołałby ponadto wrogie reakcje za granicą i odsunął w daleką przyszłość zawarcie pokoju, który gwarantował Polsce i Litwie realizację celów zakładanych na początku wojny, tj. odzyskanie ziemi dobrzyńskiej i Żmudzi (tej ostatniej jedynie do śmierci Władysława Jagiełły i Witolda).
Pokój toruński nie zadowolił strony polskiej, w efekcie spór polsko-krzyżacki próbowano rozstrzygnąć, oddając go pod osąd Zygmunta Luksemburskiego, a następnie soboru w Konstancji (1414–1418). W składzie polskiej delegacji, oprócz duchownych i mistrzów uniwersyteckich, znalazło się miejsce dla sławnych i zaprzyjaźnionych z Zygmuntem Luksemburskim rycerzy: Janusza z Tuliszkowa i Zawiszy Czarnego. Pobyt na soborze dał Januszowi okazję do pokazania się na nowym forum i przyniósł mu członkostwo w Zakonie Kolii.
 
ZAKON KOLII
W późnym średniowieczu tworzenie zakonów rycerskich było swoistą modą wśród szlachetnie urodzonych członków świeckiej elity społecznej. Bractwa, zwane orderami, zakładali władcy i możni. Z czasem termin "order" zaczął oznaczać emblemat noszony na znak przynależności do danej konfraterni. Odznaka, zawierająca symboliczne przesłanie, była z reguły wykonanym z drogocennych materiałów małym dziełem sztuki.
W odróżnieniu od zakonów rycerskich powstałych w czasie krucjat i rekonkwisty czternasto i piętnastowieczne bractwa miały charakter świecki, podlegały swoim założycielom, a nie władzom kościelnym. Przynależność do zakonu tworzyła nową więź między jego członkami, zobowiązywała do wierności i pomocy, a przez to umacniała tę grupę w obrębie elity władzy. Przyciągając sławnych i możnych rycerzy do orderu, władca łatwiej pozyskiwał ich wierność i zaufanie lub organizował polityczne stronnictwo. Zakony z powodzeniem zastępowały więc dawniejsze feudalne więzi łączące króla i poddanych, seniora i lenników.
Nie mniej ważna była rola zakonów jako instytucji organizujących życie i rozrywki elity szlachetnie urodzonych. Wystawne uroczystości, uczty i zabawy ukazywały bogactwo, potęgę wpływów i wyjątkowość bractwa oraz jego członków. Kult świętych patronów, donacje na rzecz Kościoła, religijna retoryka i oprawa spotkań rycerzy-braci dostarczała im też przeżyć duchowych. Przyjęcie do zakonu było sposobem wynagradzania zasług przez panującego, podnosiło prestiż szlachcica, który dostąpił tego zaszczytu, a ponadto mogło przynosić dodatkowe przywileje i korzyści materialne. Dla władców był to więc wymarzony sposób budowania sojuszy i szerszego zaplecza, ułatwiającego realizację ich polityki.
Podobne cele przyświecały hrabiemu Sabaudii Amadeuszowi VI, zwanemu Zielonym Hrabią, który w 1362 roku założył Zakon Kolii Sabaudzkiej. Początkowo tworzyło go zaledwie piętnastu rycerzy, a wśród nich hrabia sprawujący funkcję wielkiego mistrza, którą to godność dziedziczyli kolejni władcy Sabaudii. Następcy Zielonego Hrabiego kilkakrotnie zmieniali regułę Zakonu. Gdy przystąpił do niego Janusz z Tuliszkowa, obowiązywały w nim statuty nadane w 1409 roku przez wnuka założyciela Amadeusza VIII. Stwierdzały, że członkiem Zakonu może być jedynie szlachetnie urodzony, który nie dopuścił się żadnego haniebnego czynu, jeżeli zaś sprzeniewierzył się honorowi rycerskiemu już jako rycerz kolii, zobowiązany był w ciągu dwóch miesięcy zwrócić order i wystąpić z bractwa. Przynależność do Zakonu nakładała na rycerzy także inne obowiązki i ograniczenia: przede wszystkim powinni hojnie wspierać pobożne donacje na rzecz Kościoła, przekazane przez członków dynastii sabaudzkiej, modlić się i składać ofiary na msze za dusze zmarłych współbraci. W miarę możliwości mieli również regularnie uczestniczyć w spotkaniach kapituły Zakonu. Nie wolno im było wstępować do innych rycerskich konfraterni ani też nosić ich orderów.
Wykonany z czystego złota order Zakonu miał kształt naszyjnika, choć niektórzy kronikarze porównywali go do obroży. Umieszczono na nim dewizę bractwa – trzykrotnie powtórzone litery FERT. Skrót ten odczytywano na różne sposoby, ale jego znaczenie do dziś nie jest pewne. Możliwe, że dewizę nadał Zakonowi Zielony Hrabia. Jej sformułowanie przypisuje się również Amadeuszowi VIII, który być może chciał w ten sposób uczcić bohaterstwo swojego dziada podczas obrony Rodos przed Turkami. Tajemnicze litery FERT znaczyłyby wówczas Fortitudo Eius Rhodum Tenuit, czyli Jego Męstwo Ocaliło Rodos. Inne, późniejsze próby rozszyfrowania skrótu to: Femina Erit Ruina Tua (Kobieta Będzie Twoją Zgubą) lub Foedere Et Religione Tenemur (Zgodą i Wiarą Jesteśmy Połączeni). W 1518 roku bractwo zmieniło nazwę na Zakon Annuncjaty (Zwiastowania), pod którą istnieje do dziś. W latach 1869–1946 Order Annuncjaty był najwyższym odznaczeniem Królestwa Włoch, a przez kolejne pięć lat także Republiki Włoskiej.
 
KOLIA DLA JANUSZA
W listopadzie 1415 roku Janusz z Tuliszkowa powrócił do Konstancji razem z posłami wysłanymi przez Żmudzinów. Miał przedstawić zgromadzeniu skargę na Krzyżaków przeszkadzających w głoszeniu chrześcijaństwa na Żmudzi i przeciwstawić ich rzekomej misji skuteczność akcji chrystianizacyjnej prowadzonej przez Władysława Jagiełłę. W krótkim czasie kasztelan znalazł się, tak jak Zawisza Czarny, w otoczeniu Zygmunta Luksemburskiego. Król Niemiec wracał wówczas z Langwedocji i podróżował wzdłuż Rodanu, zatrzymując się na dłużej w Awinionie i Lyonie. Wspólnie z delegatami soboru zjednywał duchownych, władców i możnych do zgodnego usunięcia schizmy i nieudzielania poparcia antypapieżom. W końcu lutego 1416 roku w Chambery podniósł hrabstwo Sabaudii do rangi księstwa i przypuszczalnie wtedy Janusz z Tuliszkowa został członkiem Zakonu Kolii. Była to nagroda, za którą najprawdopodobniej stał król Niemiec. Nadając hrabiemu Sabaudii tytuł książęcy, mógł liczyć na honorowy rewanż i wyświadczenie przysługi, jaką bez wątpienia było przyjęcie do Zakonu jednego z zasłużonych rycerzy z otoczenia Zygmunta Luksemburskiego.
Janusz z Tuliszkowa nie uczestniczył nigdy w spotkaniach kapituły Zakonu, brak też wzmianek, by cokolwiek zapisał leżącemu w innej części Europy kościołowi. Dlaczego więc doń wstąpił? Wiązało się to z jego ważnymi funkcjami w polskiej dyplomacji i częstym uczestnictwem w zagranicznych poselstwach. Przynależność do tak elitarnego stowarzyszenia dodawała polskiemu posłowi powagi i znaczenia, stawiała wyżej od innych w dworskiej hierarchii i znacznie ułatwiała realizowanie poruczonych przez króla misji, których oficjalna ranga wzrastała z racji wypełniania ich przez tak znakomitego rycerza. Odmowa przyjęcia orderu raczej nie wchodziła w rachubę i mogła być odebrana przez Zygmunta Luksemburskiego jako afront. Był to bowiem zaszczyt, jakiego dostąpiło niewielu szlachetnie urodzonych. Dość powiedzieć, że w latach 1413–1431 do Zakonu przyjęto zaledwie dziesięciu rycerzy.
Po otrzymaniu Orderu Kolii Janusz towarzyszył królowi Zygmuntowi Luksemburkiemu w Paryżu, gdzie razem z innymi polskimi posłami przedłużył o rok, do 13 lipca 1418 roku, rozejm z Krzyżakami, oraz w Calais. Zważywszy na jego bardzo dobre kontakty z Zygmuntem Luksemburskim, kasztelan kaliski mógł mu nawet towarzyszyć w podróży do Anglii, zamiast wrócić do Konstancji z arcybiskupem gnieźnieńskim Mikołajem Trąbą.
 
BRACTWO ŚW. KRZYSZTOFA
Leżąca na wysokości prawie 1800 m n.p.m. przełęcz Arlberg to najkrótsze połączenie między stolicą Tyrolu Innsbruckiem a doliną górnego Renu i Jeziorem Bodeńskim. Był to niebezpieczny szlak, na którym często dochodziło do tragicznych wypadków. Każdej wiosny odnajdywano ciała ludzi zaskoczonych przez zamiecie i lawiny. Często natykał się na nie pasający w okolicy świnie Henryk Findelkind, który świadom zagrożeń czyhających w górach na nieprzygotowanych podróżnych od 1386 roku organizował akcje ratownicze. Szukał osób, które zabłądziły w górach, ugaszczał i przeprowadzał wędrowców przez przełęcz. Sam ocalił życie około 50 ludziom. Poparcia tej inicjatywie udzielił książę austriacki Leopold III, wydając przywilej zezwalający na budowę hospicjum dla podróżnych i zachęcając swoich poddanych do składania datków na jego utrzymanie. Patronem bractwa został opiekujący się wędrowcami św. Krzysztof. Konfraternia szybko zyskała popularność – zachowane średniowieczne spisy ofiarodawców wymieniają ponad cztery tysiące osób z Tyrolu, krajów niemieckich, Polski, Czech i Węgier.
Do konfraterni mógł przystąpić każdy, obojętnie do jakiego stanu społecznego się zaliczał, jedynym warunkiem było udzielenie jednorazowej lub zobowiązanie się do stałej jałmużny na utrzymanie hospicjum. Imiona wszystkich donatorów, a jeżeli byli szlachcicami także ich herby, zapisywano w księgach bractwa. Co ciekawe, niebagatelny wkład w nadanie tym zapiskom pięknej formy mieli iluminatorzy rękopisów. Zamiast pieniędzy z reguły ofiarowywali bractwu własną pracę, a dziełem ich rąk są kunsztowne rysunki tarcz herbowych, godeł, klejnotów i orderów. Szlachetnie urodzeni oczywiście wspierali hospicjum finansowo i wśród polskich rycerzy, którzy pomogli w utrzymaniu bezpiecznego przejścia przez przełęcz, można znaleźć m.in. Zawiszę Czarnego, dworzanina Zygmunta Luksemburskiego Andrzeja Balickiego, kasztelana wiślickiego Piotra Rpiszkę i podkomorzego krakowskiego Gniewosza z Dalewic. Rysunki herbów tego ostatniego, który bratem św. Krzysztofa stał się między 1397 a 1400 rokiem, oraz kilku rycerzy, którzy uczynili to w tym samym czasie, przedstawiają się raczej skromnie – zwykłe trójkątne tarcze bez hełmu i klejnotu. Godła ich następców, z konieczności podróżujących tą trasą na sobór w Konstancji, sporządzono i ułożono już według wszystkich zasad ówczesnej heraldyki (np. umieszczone obok siebie tarcze z zatkniętymi na nich hełmami są pochylone ku sobie niczym w grzecznościowym ukłonie). Zawierają kompletne informacje o wszystkich elementach herbu oraz dodatkowych zaszczytach i zasługach ich właścicieli. Dlatego obok godła Andrzeja Balickiego widnieje symbol Orderu Smoka, a Dryi Janusza z Tuliszkowa towarzyszy Order Kolii.
Janusz z Tuliszkowa przystąpił do konfraterni św. Krzysztofa w 1417 lub 1418 roku, gdy był już członkiem sabaudzkiego Zakonu. Mogło to nastąpić jeszcze podczas soboru w Konstancji, gdzie aktywnie działał w otoczeniu Zygmunta Luksemburskiego. Podpisał m.in. przygotowaną przez legatów prośbę do księcia Styrii i Karyntii Ernesta Żelaznego o uznanie nowo mianowanego przez papieża biskupa Triestu. Być może udział w tej ostatniej akcji dyplomatycznej wiązał się z krótką podróżą do Austrii, co dało Januszowi sposobność do udzielenia wsparcia arlberskiemu bractwu. Możliwe, że doszło do tego dopiero w drodze powrotnej do Polski. Dzięki temu do posiadanych już urzędów i godności kasztelan dołączył jeszcze jeden zaszczytny obowiązek. Brak jednak wzmianek, by w latach późniejszych wspierał finansowo Bractwo św. Krzysztofa.
Po powrocie z soboru w Konstancji Janusz kolejne lata spędził jako dyplomata Jagiełły. W połowie 1419 roku posłował na Węgry, a koniec tego roku zastał go we Wrocławiu. Wspaniałe, jadące w 800 koni, poselstwo prowadzone przez arcybiskupa Mikołaja Trąbę stawiło się tam, by w święto Trzech Króli wysłuchać wyroku Zygmunta Luksemburskiego w sporze polsko-krzyżackim. Król Niemiec stanął po stronie Krzyżaków, odrzucając pretensje Władysława Jagiełły do Pomorza i ziemi chełmińskiej. Strona polska odmówiła przyjęcia niesprawiedliwego jej zdaniem wyroku i postanowiła się odwołać do papieża Marcina V. Równocześnie usiłowano skłonić Zygmunta Luksemburskiego do zmiany decyzji. Bezskutecznie, albowiem bardziej potrzebował wówczas pomocy książąt Rzeszy do objęcia tronu czeskiego niż sojuszu z Polską, by bronić Węgier przed najazdami tureckimi. Klęska polskiej dyplomacji spowodowała, że w lipcu 1420 roku na zjeździe w Łęczycy biskupa krakowskiego i kanclerza Wojciecha Jastrzębca, marszałka Królestwa Zbigniewa z Brzezia oraz kasztelana kaliskiego Janusza z Tuliszkowa oskarżono o niedbałość w prowadzeniu układów z Zygmuntem Luksemburskim, przekroczenie pełnomocnictw i błędne posunięcia polityczne. Zjazd miał bardzo burzliwy przebieg, a oskarżenia skupiły się głównie na osobie biskupa Jastrzębca. Jak pisze Długosz, bracia i krewni Wojciecha, nie mogąc ścierpieć fałszywych oskarżeń i wyrównywania prywatnych porachunków przed królem: "wszcząwszy bójkę podnieśli groźny bunt. Przerażeni nim panowie, członkowie trybunału, musieli [...] ratować siebie i swoich. Kiedy potem walka, którą wszczęto na zamku, rozszerzyła się między znajdujących się w mieście rycerzy, ogromny tłum ludzi chwyciwszy za broń ruszył na zamek, by pomóc swoim. Powstaje ogromny rwetes. Słychać wszędzie ryk. Sam król przerażony niebezpieczeństwem, opuściwszy trybunał, uciekł ze znaczniejszymi panami do położonej nad bramą komnaty królewskiej. I nie byłoby się obeszło bez strasznej rzezi i okrutnej śmierci wielu ludzi, ponieważ strony pałały przeciw sobie ciężkim gniewem, a nikt nie miał odwagi przerwać tego obłędnego szaleństwa, gdyby za Bożym zmiłowaniem nie było nastąpiło zamknięcie bram zamku i podniesienie mostu, dzięki czemu zamknięto dostęp tym, którzy biegli z miasta i usiłowali wedrzeć się na zamek".
Kasztelan kaliski, którego trudno podejrzewać o udział w burdzie, podobnie jak biskup i marszałek, został co prawda uniewinniony, gdyż w znacznej części oskarżenie było wynikiem walki o wpływy w elicie władzy, lecz jego pozycja w otoczeniu króla osłabła. Utrata monarszej łaski była na szczęście chwilowa. Wkrótce doświadczenie Janusza wykorzystano przy rozwiązywaniu polsko-węgierskich sporów granicznych na Spiszu. W końcu 1424 roku gościł w Austrii i była to prawdopodobnie jego ostatnia misja dyplomatyczna.
Kasztelan kaliski Janusz z Tuliszkowa jako członek Zakonu Kolii był postacią wyjątkową wśród rodzimego rycerstwa. Przynależność do elitarnego zakonu rycerskiego nie zjednywała mu popularności wśród polskiej szlachty. Bez wątpienia miał na to wpływ fakt, że żaden z Jagiellonów nie ustanowił własnego orderu, choć nawet gdyby do tego doszło, zakon nie przetrwałby długo. Wśród szlachetnie urodzonych rozwijało się wówczas poczucie równości stanowej, a wszelkie próby wyodrębnienia jeszcze jednej elity, mianowanej arbitralnie przez króla, spotkałyby się z wrogim przyjęciem przede wszystkim możnowładców, dla których zabrakłoby miejsca w nowym zakonie. Nie bez znaczenia były także negatywne skojarzenia z Krzyżakami – zakonem rycerskim zupełnie innego typu, ale jednak zakonem. Skutkiem tego przynależność do późnośredniowiecznych zakonów rycerskich pozostała jedną z nielicznych obyczajowych mód, która nie przyjęła się w Polsce. Poza tym, w odróżnieniu od Europy Zachodniej, gdzie rycerskie bractwa często jednoczyły stronników jakiejś opcji politycznej i były liczącą się grupą nacisku, w monarchii Jagiellonów polityczne zadania zakonów z powodzeniem wypełniały konfederacje rycerskie. Dlatego przyjęcie przez szlachcica któregoś z orderów mogło być jedynie wynikiem długich pobytów za granicą (Litwin Aleksander Sołtan, który z podróży po Europie wrócił jako członek Zakonu Złotego Runa) lub inicjatywy obcego władcy (służący Zygmuntowi Luksemburskiemu Andrzej Balicki i Ścibor ze Ściborza zostali przyjęci do założonego przezeń Zakonu Smoka, o czym pisałem przed miesiącem). Tym większe uznanie powinna więc budzić postać rycerza dyplomaty, który zdobył osobistą sławę, chlubnie służąc królowi i ojczyźnie.
 
żródło : www.mowiawieki.pl
autor   : Dariusz Piwowarczyk

 

POLECANY FOTOREPORTAŻ

POLECAMY